Firmy chcą szybszego wdrażania funduszy

wpis w: instytucje, konkursy, przedsiębiorcy | 0
euro-447214_1280-2
Beneficjentów obowiązuje około 100 dokumentów. Po zmianie przepisów będą się musieli stosować tylko do wytycznych ministra rozwoju

Dotacje unijne to nie są łatwe pieniądze. Trudno je pozyskać i rozliczyć. Dzięki znowelizowanej ustawie wdrożeniowej mają być łatwiej dostępne dla firm. Zmiany, na które przedsiębiorcy czekali od dawna, budzą jednak ich niedosyt.  Wszystko wskazuje na to, że zmienione przepisy nie rozwiążą głównego problemu, jakim jest przewlekłość procedur. W tej kwestii ustawa niewiele zmieni. Między przedsiębiorcą a urzędem nadal będzie panowała nierównowaga – instytucje będą mogły nie wywiązywać się z terminów, bo nic im za to nie grozi.

Przewlekłe procedury

Nowe przepisy zapewne nie przyspieszą radykalnie rozstrzygnięć konkursów o unijne dotacje. Pieniądze z Brukseli do polskich firm  nie będą więc trafiać szybciej.

– W niektórych województwach na ogłoszenie wyników konkursów trzeba czekać nawet pół roku, choć urzędy marszałkowskie powinny się z tym uporać w ciągu  90 dni – podkreśla Piotr Buchalski, prezes firmy Dotacje Exportgroup  – Wystarczy, że zainteresowanie danymi dotacjami jest wyjątkowo duże i na konkurs wpływa znaczna liczba wniosków, a na rozstrzygnięcie trzeba czekać tygodniami – dodaje.

Tłumaczy, że  przez cały ten czas przedsiębiorca tkwi w niepewności, czy uda się zdobyć dofinansowanie i rozpocząć realizacje zaplanowanej inwestycji. Wiąże się z tym element ryzyka, który musi ponieść firma, jeśli np. przewidziała w projekcie udział zespołu badawczego, a ten zaangażował się w inne przedsięwzięcie, nie mogąc doczekać się decyzji o przyznaniu lub odmowie dotacji. Wydłużenie procedury i przesunięcie w czasie realizacji projektu może też niepotrzebnie powiększyć koszty.

– Zawsze uderza to w przedsiębiorcę, a nie w urząd, który nie radzi sobie z oceną wniosków – podkreśla ekspert.

Niestety nowela ustawy wdrożeniowej tego problemu nie rozwiąże. Nie przewiduje bowiem żadnych sankcji za niedotrzymywanie terminów. Urzędom wdrażającym fundusze unijne nic nie grozi także za nieterminowe rozpatrzenie odwołania od decyzji o nieprzyznaniu dotacji (czyli tzw. protestu). A zdarza im się to nagminnie. W efekcie – choć ogłaszany jest kolejny konkurs o dotacje, firmy startujące do poprzedniego, nadal nie wiedzą, czy ich wniosek uzyska dofinansowanie. Ponieważ urzędnicy nie przejmowali się dotąd obowiązującymi terminami, raczej nie będą restrykcyjnie przestrzegać także nowych. Zgodnie ze nowelizowaną ustawą, urząd będzie miał na weryfikację zasadności protestu 14, a nie – jak dotąd – 21 dni, a na jego rozpatrzenie 21 zamiast 30 dni.

Zagrożona płynność firm

Nowe przepisy nie rozwiązują także problemu zatorów płatniczych, z którym boryka się wielu przedsiębiorców.

Instytucje często spóźniają się bowiem z wypłatą zaliczek na realizację projektu oraz refundacją poniesionych kosztów.

– W skrajnych wypadkach beneficjenci czekają do 6 miesięcy na wypłatę należnych środków. Przy dużych kwotach powoduje to zachwianie płynności firm – podkreśla Piotr Buchalski.

Tymczasem przedsiębiorcy są zobowiązani realizować projekt terminowo. Nie otrzymując środków na czas, muszą kredytować instytucje. Z własnych zasobów regulować  zobowiązania wobec pracowników, płatności za media, czynsz itd. Takich problemów można byłoby uniknąć, gdyby instytucje wdrażające poszczególne programy były zobligowane ustawowym terminem 30 dni na wypłatę zaliczek i refundacji, a za jego niedotrzymanie przepisy przewidywały jakiekolwiek sankcje. Resort rozwoju nie przewidział jednak takiego rozwiązania.

Za mało obiektywizmu

W noweli ustawy wdrażającej znalazł za to kontrowersyjny zapis. Chodzi o procedurę odwoławczą od wyników konkursów o unijne dotacje. Przedsiębiorcy mają zastrzeżenia do jej obiektywizmu. Firma, która spotka się z odmową dofinansowania, będzie mogła złożyć protest w tej samej instytucji, która organizowała konkurs i oceniła negatywnie jej wniosek

– To oznacza, że przedsiębiorcy nie  będą mogli liczyć na bezstronną ponowną ocenę wniosków. Protesty powinna rozpatrywać instytucja niezależna od tej, która organizowała konkurs, np. w przypadku regionalnych programów operacyjnych, zarządzanych przez marszałków powinno to być Ministerstwo Rozwoju – podkreśla Małgorzata Lelińska, ekspertka ds. funduszy europejskich Konfederacji Lewiatan.

Organizacja apelowała o zmianę procedury, ale resort  rozwoju nie uwzględnił jej postulatów. To oznacza, że firmom pozostanie dochodzić praw przed sądami administracyjnymi.

Wątpliwości budzi także brak w ustawie zapisów uniemożliwiających udział w konkursach organizowanych  przez daną instytucję jej samej lub podmiotom z nią powiązanych.  Konfederacja Lewiatan zwracała na to uwagę podczas konsultacji noweli ustawy wdrożeniowej, proponując wprowadzenie zasady, iż projekty takiej instytucji lub związanych z nią podmiotów powinien oceniać inny urząd. Ministerstwo Rozwoju nie zdecydowało się jednak na wprowadzenie takiego rozwiązania.

Instytucja fasadowa czy usprawnienie?

Nie wiadomo też jak w praktyce sprawdzi się pomysł, aby w każdej instytucji zarządzającej programami operacyjnymi powołać rzecznika funduszy europejskich. Ma być to osoba dbająca o interesy beneficjentów. Rzecznik będzie odpowiedzialny m.in. za gromadzenie wniosków i postulatów zgłaszanych przez beneficjentów, a związanych z realizacją programów operacyjnych. W przypadku pojawienia się jakichkolwiek problemów, udzieli wsparcia w kontaktach z poszczególnymi instytucjami, które wdrażają fundusze unijne.

Żeby te warunki mogły zostać spełnione, rzecznicy musieliby być niezależni od administracji. To niewykonalne, bo ich pracodawcami będą poszczególne urzędy odpowiedzialne za rozdział dotacji.

– Popieramy to rozwiązanie co do zasady, ale zobaczymy, jak będzie działało w praktyce. Wszystko zależy od tego, jak ten urząd będzie wykorzystywany. To może być klasyczny listek figowy bądź instytucja fasadowa lub rzeczywiste usprawnienie systemu – zauważa Małgorzata Lelińska.